Wiersze z okazji 80 rocznicy zlikwidowania przez Niemców szpitala w Kobierzynie

 

                                                                  Co u pana, panie Kroll ?

 

 

A co u pana, panie Kroll – jak zdrowie pana?

Alles Gut ? Satysfakcja zagwarantowana?

Co w związkach zawodowych, panie Kroll, co w pracy?

Za pański trud, za pański wkład wdzięczni rodacy?

Kłopotu zbytniego panu nie chciałbym sprawiać.

O Kobierzynie, panie Kroll chcę porozmawiać.

Wiem, dobrze wiem, że tamte czasy trudne były.

Wiem także, że sądy pana uniewinniły.

,,To piękne pomagać innym” – to pana słowa.

Co z tą pomocą ma wspólnego śmierć głodowa?

W 40 roku, gdy pan został dyrektorem

bardzo skutecznym stał się pan egzekutorem.

,,Eliminacja życia niewartego życia”.

A przy okazji – wiele do zdobycia.

Wojenny krzyż zasługi, inne apanaże…

Jak swoim szefom w zamian wdzięczność pan okaże?

1050 miał pacjentów pan na stanie.

A ilu ich w 42 pozostanie?

Tych, co rzekomo do Drewnicy pojechali.

A tak naprawdę z dymem w Auschwitz się rozwiali.

A tę wodnistą zupę z brukwi pan pamięta?

Gdy chorzy pchali się do kotła jak zwierzęta?

Herr Kroll! Spuchnięci z głodu o chleb wciąż błagali.

Prędzej niż kromki chleba – śmierci doczekali.

Ktoś rzekł, Herr Kroll, że dziś mam się za pana wstydzić.

A ja jedynie mógłbym pana znienawidzić.

Za pana pogardę dla humanitaryzmu,

za psią służalczość dla niemieckiego nazizmu,

że pan zapomniał, panie Kroll, co znaczy człowiek,

za to, że dziś nie spędza panu to snu z powiek.

Ale - na mą nienawiść pan nie zasługuje.

Ja ­– prosty człowiek, panie Kroll, dziś obiecuję,

że tego, co pan zrobił nigdy nie zapomnę,

to pańskie barbarzyństwo będzie wiekopomne.

 

A jeśli jakimś cudem Bóg panu wybaczy

i jakieś ,,godne” miejsce w niebiosach wyznaczy,

to oby mógł pan bożymi smakołykami

przy stole dzielić się z pańskimi pacjentami.



                                                            



                    23/24 06. 1942

 

 

 Noc miniona była złowroga.

Takie noce się nie zdarzają.

Oprócz gwiazd i księżyca – trwoga,

która dusi dech zapierając.

 

Czy to duchy ich już wróciły

w resztkach dymu znad krematorium?

Niemą skargę na bruk rzuciły -

oskarżycielskie oratorium.

 

Odgłosy nocy tak nierealne,

niczym jęki z groźnej otchłani.

Jak oddechy – ciche, błagalne

spoza naszego świata granic.

 

Świt nie przyniósł krzty ukojenia,

chociaż słońce wzeszło jak co dzień.

Jakby cień bał się swego cienia,

gdy przechodnia unika przechodzień.

 

Jakby nie było czym oddychać.

Powietrze bólem zagęszczone.

To krzyki jakieś w dali słychać?

Z Czerwonych Maków? Nie, to wrony...

 

Gdzież wiatr, co marazm ten rozwieje?

Zapytam dziś irracjonalnie:

czy w ogóle można mieć nadzieję,

że kiedyś będzie tu zwyczajnie?





Oba mają być recytowane w trakcie uroczystości, która się odbędzie w czerwcu na terenie szpitala w Kobierzynie.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rejterada